Wszystkie kolory Berlina

Z poślizgiem porównywalnym tylko do kampanii wyborczej Komorowskiego, dotarliśmy do obwodnicy Warszawy. Dzielnie ustawiliśmy się przy światłach przy rampie S8 Warszawa-Zachód i zaczęliśmy łapać stopa. Po jakiś 40 minutach pojawili się kolejni autostopowicze. Chciałam napisać, że była to para, ale była ich trójka – chłopak, dziewczyna i ich duży, ciemnobrązowy pies. Wszyscy oni również chcieli dostać się do Berlina. Chwilę pogadaliśmy, po czym po kolejnych 20 minutach zatrzymał się pierwszy samochód i zabrał nas w stronę bramek przy zjeździe na Łódź. Po drodze kontemplowaliśmy szansę na złapanie stopa w środku Polski będąc parą ciemnoubranych, okolczykowanych dwudziestolatków z długimi dreadami, w towarzystwie psa.

Trzy samochody później i oto jesteśmy. Stacja kolejowa na Warschauer Strasse, która jest naszym ostatnim przystankiem na trasie Warszawa-Berlin, przywitała nas zapachami i widokami, które zachęciły mnie do szperania w kieszeniach w poszukiwaniu książeczki szczepień, a w głowie odblokowały wspomnienia z lektury lat młodości – My dzieci z dworca Zoo. Skojarzenie jest nie do końca głupie, bo przecież Christine F. mieszkała w Neukolln – wprawdzie po zachodniej stronie muru, ale zaledwie rzut kamieniem stąd, po drugiej stronie mostu Oberbaumbrucke. Most ten stanowi początek Warsachuerstrasse, która w nocy wypełniona jest po brzegi młodymi ludźmi pielgrzymującymi tu do najpopularniejszych klubów w Berlinie.

Berlin to miasto, które pozwala sobie na modę. Kiedyś miasto to drgało w rytm techno, muzyki, która od lat 80-tych kolorowała ulice i mieszkańców Berlina. Graffiti, kolorowe fryzury, extasy. Na gruzach muru berlińskiego powstawała kultura młodzieży, która dopiero co wynurzyła się z szarego pełnego barier świata i już szukała nici porozumienia z bogatym zachodem. Techno stało się mostem, na którym znudzona komercją spod znaku Coca Coli zachodnioberlińska młodzież mogła spotkać się ze wschodnimi pobratymcami.Tuż po połączeniu miasto tworzyło całość jedynie w teorii. Bogaty zachód i poturbowany przez historię wschód do dziś nie stanowią spójnego monolitu. Jednak pozorne słabości wschodu co bardziej kreatywni starali się przekuć w zalety. Cytując dawnego burmistrza Berlina – Berlin jest arm aber sexy – ubogi, ale sexy. Zburzenie muru i chwilowy brak zasad, zniesienie godziny policyjnej, ogromne przestrzenie opuszczone przez biznes, gotowe do zagospodarowania przez squotowców. Wszystko to pozwoliło na rozwinięcie się podziemnych klubów muzycznych, w których didżeje puszczali techno w wielkich, opuszczonych halach Berlin Wschodniego. Okazało się, że owszem, styranych komunizmem ludzi ciągnie do Berlina Zachodniego, ale pozbawieni bariery w postaci muru artyści z zachodu są również więcej niż ciekawi świata, którego przez tyle lat okupacji nie pozwolono im spenetrować.

Co jeszcze sprawiło, że Berlin jako stolica muzycznej rewolucji był tak kolorowy? Na pewno dojście do głosu zmarginalizowanej części berlińczyków, np. środowisk gejowskich, które zaangażowały się w popularyzację techno. Chodząc po ulicach Berlina można zdać sobie sprawę jak bardzo Polacy są do siebie podobni. Patrząc na piętnastolatka i czterdziestolatka z Warszawy dojść można do wniosku, że różnią się oni może kolorem T-shirtu. Nie wspominając już o tym, że Warszawa jest absolutną ostoją białej rasy. W Berlinie nasi znajomi ze stopa idealnie wpasowaliby się do tłumu otaczających nas młodych ludzi, takich jak na przykład jadący obok nas wytatuowany rowerzysta z długim ogonem przyczepionym do spodni. Będąc na Warschauer Strasse czuliśmy się jak najbardziej niegrzeczne dziecko ze szkoły w Pułtusku, które za żucie gumy na lekcji skierowano do oddziału poprawczego w Harlemie. Berlin epatuje kolorami ubrań, włosów, skóry.

DSC_6378

DSC_6382

Dziś Berlin żyje już nie tylko techno. „Nie wiedziałem, że rave wciąż istnieje” – powiedział nam podwożący nas w sobotę Berlińczyk, pamiętający czasy gdy Love Parade raczkowało przy 200 osobowej publiczności, a w Berlinie rodził się klub Ufo (czy to stąd wzięła się  nazwa niesławnych już tabletek?). Dziś miasto żyje inną muzyką, ale wciąż oszałamia nasze słowiańskie głowy różnorodnością bodźców. Berlin odwiedzamy ponieważ jest to punkt na trasie naszych znajomych z Litwy. Dziś nazywają siebie Kaunas Zoo, wcześniej Baklazanem, a kto wie jak nazwą siebie za tydzień. To kolektyw muzyków grających improwizowaną muzykę na żywo. Tym razem trafili do króliczej dziury na Warschauer Strasse.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s