Budapeszt – przewodnik dla Lengyeli

Budapeszt był naszym domem przez kilka miesięcy roku pańskiego 2012 i 2013. Kiedy Daniel dzielnie studiował dzieła Marksa, ja jeszcze dzielniej studiowałam praktyczne aspekty kapitalizmu pracując w jednej z węgierskich spółek. Wiodąc żywot proletariuszy mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie, picie wina nad brzegiem Dunaju, zakąszając każdy łyk pikantną kiełbasą.

Mimo że Węgry leżą tak blisko Polski, stanowią ogromną egzotykę, nie tylko dla Polaków, ale prawdopodobnie dla każdego przyjezdnego. Węgierski język ani w mowie, ani w piśmie nie przypomina niczego do czego przywykły polskie zmysły. Dokonanie najprostszych zakupów, zamówienie pizzy przez telefon czy odróżnienie policjantów od leśniczych, to jedne z pierwszych problemów jakie napotykamy w obcym kulturowo Budapeszcie. Ale w zasadzie i tak powinniśmy się cieszyć, ponieważ jeszcze niewiele ponad sto lat temu język ten był jeszcze bardziej skomplikowany (choć  przynajmniej niewolny od zagranicznych naleciałości).

W XIX wieku przeprowadzono na Węgrzech reformę językową, której celem było po pierwsze pozbycie się z języka słów zapożyczonych z niemieckiego czy łaciny, a po drugie zastąpienie przydługich, zbyt opisowych wyrazów krótszymi, które zachęciłyby do korzystania z niego zarówno w czasie burzliwych obrad parlamentu jak i przy układania rymów. Reforma zakończyła się wielkim sukcesem, aczkolwiek jak zwykle nie obeszło się bez wynaturzeń. Reformatorzy próbowali czasem za wszelką cenę wprowadzić do języka węgierskie nazwy dla nowinek technicznych, które w XIX wieku pojawiły się w Europie. Zarówno przed jak i po reformie można było natknąć się różne potworki językowe – na przykład na gőzpöfögészeti tovalöködő, które oznaczało lokomotywę. W bardzo niedosłownym tłumaczeniu mój znajomy z Budapesztu –  Joo – przełożył to na „steam-puffing mentally furtherpushy”.

Nie zdziwcie się również jeśli Węgrzy w rozmowie z wami będą swobodnie określać kobietę jako „he”, a mężczyznę jako „she”. W języku węgierskim nie istnieje rodzaj męski i żeński w trzeciej osobie, stąd też Madziarzy nie są przyzwyczajeni do używania takich określeń w języku angielskim. Jeszcze większą frajdę może sprawić wam czytanie węgierskich wyrazów. Jedną z zasad, którą wszyscy kojarzą z węgierskim jest czytanie „s” jak „sz” i „sz” jako „s”. Stąd też mimo, że nazwa stolicy to Budapest, po węgiersku czytamy ją tak samo jak po polsku.

Co zatem można robić w tym trudnym kraju? Nie odkryjemy tutaj Ameryki polecając przede wszystkim stolicę kraju i to od opisu jego atrakcji zaczniemy ten przewodnik.

Budapeszt

Największe miasto Węgier zatopione w klimatach austriacko-węgiersko-tureckich, ściąga do siebie największą ilość turystów, a dzięki w miarę tanim lotom z Polski można tu spędzić całkiem udany weekend za niewygórowaną cenę. Wprawdzie czasy bitwy pomiędzy Ryanairem a Wizzairem o miano najtańszego przewoźnika na tej trasie skończyły się 3 lata temu, to jednak wciąż jest to jedno z najładniejszych zagranicznych miast, do których można dolecieć z Polski za mniej niż 200 zł. W dodatku na trasie z Krakowa do Budapesztu kursuje kilku przewoźników autobusowych, m.in. Orangeways (http://orangeways.com/ ), a ostatnio również Polski Bus otworzył przejazdy pomiędzy kilkoma polskimi miastami a Budapesztem (http://www.polskibus.com/pl/index.htm)

Po co zatem jechać do Budapesztu?

Ruinpubs

Jeśli na wakacjach najbardziej pociągają was kluby i imprezy, to Budapeszt ma wam do zaoferowania coś, czego w Polsce nie uświadczycie. Ruin puby – czyli „zrujnowane puby” – to kultowe już miejsca, które mnożą się w centrum Budpesztu jak grzyby po deszczu. Charakteryzują się trochę psychodeliczną atmosferą i wystrojem wprost z Alicji w Krainie Czarów. Zlokalizowane są zawsze w do niedawna zapomnianych, rozlatujących się budynkach. Najbardziej znane z nich to Szimpla Kert i Instant (choć możliwe, że coś się w tej kwestii zmieniło przez ostatnie 3 lata). Generalnie Budapeszt obfituje w przeróżne miejsca, w których można spędzić dość szalone noce, a najwięcej uciech znajdziecie w okolicach wyznaczonych przez prawy brzeg Dunaju i stacje metra – Blaha Lujza i Nyugati Palyaudvar. Aby zamówić piwo wystarczy rzucić „kerek egy sört!” albo „egy sört kerek”.

Janoshegy

Budapeszt jest na tyle cudownie różnorodnym miastem, że z jednej strony oferuje coś dla leniwych amatorów płaskowyżów jak i alpinistów. Lewa, górzysta część miasta to miejsce, w którym swoje wille stawiają ci zamożniejsi mieszkańcy miasta. A im bliżej szczytu Janoshegy, tym ładniejsze domy.

Janoshegy to najwyższe wzgórze Budapesztu, które oferuje mnóstwo możliwości. Można tu zorganizować piknik z grillem, a zimą zjeżdżać na nartach. Podjazd rowerem drogą prowadzącą od lewego brzegu Dunaju na sam szczyt jest morderczy. Na szczęście można się tam również dostać komunikacją miejską i samochodem.

Poza możliwością uprawiania wszelkiego typu sportów, Janoshegy kryje w sobie budowlę niemal wprost wyjętą z drugiego sezonu „Gry o Tron”. Wieża Elżbiety, bo tak nazywa się ten pobudzający moją wyobraźnię przybytek, znajduje się na północnej stronie wzgórza.

Wzgórze Gellerta

Kolejne zielone i górzyste miejsce na mapie Budapesztu, znacznie jednak niższe i położone bliżej Dunaju niż Janoshegy. Oferuje piękny widok na rzekę i prawą część miasta. Na szczycie znajduje się pomnik Gellerta, ale zdecydowanie jest to najmniejsza atrakcja tego miejsca. Jest to doskonałe miejsce na wieczorny wypad ze znajomymi z butelką węgierskiego wina, w które powinniście zaopatrzyć się w centrum miasta (po przejściu mostu Elżbiety w okolicy nie ma już żadnego sklepu). Następnie rozsiądźcie się na którymś z wystających ze wzgórza balkonów i oddajcie się przyjemności płynącej z Tokaju. Policja węgierska ma znacznie bardziej tolerancyjny stosunek do picia w miejscach publicznych niż polska.

Bogracs w For Sale Pub i Centralny Market

Każdy turysta jest napalony na gulasz węgierski, niczym szczerbaty na suchary. Zupa jest oczywiście dostępna w każdym miejscu w mieście. Najlepszy, a zarazem najtańszy jest jednak w For Sale Pub w okolicach Centralnego Marketu. W naszych czasach za 1000 forintów  można byłoby zamówić cały kociołek, którym bez problemu najedzą się dwie osoby (https://www.facebook.com/pages/For-Sale-Pub/232211753510047). For Sale jest zawsze wypełnione po brzegi, więc jeśli planujecie wypad większą ekipą, to warto zamówić wcześniej stolik. Poza świetnym jedzeniem knajpa ta przyciąga oryginalna stylistyką. Ściany obwieszone są karteczkami z ogłoszeniami, a każdy stolik dostaje na wstępie koszyk orzeszków, których łupiny obowiązkowo należy zrzucać pod nogi.

Tuż obok, po drugiej stronie ulicy znajduje się Centralny Market, na który warto wstąpić po jakieś miejscowe frykasy. Na dole mieszczą się stragany z surowizną, a na piętrze królują zapachy ciepłej strawy

Łaźnie

Jedną z największych atrakcji Węgier są gorące źródła. W samym Budapeszcie istnieje kilkanaście miejsc, w których możecie zażyć kąpieli termalnych. Najbardziej popularne znajdują się w Hotelu Gellert na Wzgórzu Gellerta i w Parku Szechenyi. W tych pierwszych taplając tyłek w ciepłej wodzie, możecie rozkoszować się widokiem na Budę. W tej drugiej będziecie mogli skorzystać z ponad 20 basenów. Całość znajduje się pięknym miejskim parku, w sąsiedztwie architektonicznego potworka o niezaprzeczalnym uroku, czyli:

Zamek Vajdahunyad

Miejsce to zadziwia swoim eklektyzmem. Zróżnicowanie stylów, w których wzniesione zostały poszczególne części zamku dyktowane jest specyficznymi okolicznościami w jakich powstawał. W czasie Wystawy Milenijnej, która odbyła się w Budapeszcie pod koniec XIX wieku, wzniesiono kilka drewnianych kopii wspaniałych węgierskich budowli. Kiedy powystawowy kurz opadł, postanowiono stworzyć trwałą konstrukcję, która będzie łączyć ze sobą elementy tych obiektów i tak powstał zamek Vajdahunyad. Zbliżając się do niego od strony Placu Bohaterów turyści podziwiać mogą otoczoną fosą część odwzorowującą zamek Draculi w rumuńskim Branie. W środku zaś szybko akcja przenosi się do budynków z epoki Króla Słońce. Taki już urok tej budowli.

W parku otaczającym zamek znajduje się również stary jak świat, drewniany rollercoaster, który obecnie stoi na terenie miejskiego zoo. Zapomnijcie o plombach bezpieczeństwa i pasach, tutaj jeździ się bez trzymanki.

Żółta linia metra i Plac Bohaterów

Zapewne większość z was słyszała lub widziała kultowy film Nimróda Antala „Kontrolerzy”, którego akcja toczy się w budapesztańskim metrze. Jego popularność zwabiła pod ziemię niejednego kinomana. W Budapeszcie funkcjonują 4 linie metra. Niestety lub stety, nie spotkacie już kontrolerów w wagonach metra, a jedynie przy wejściu do podziemia, gdzie przy ruchomych schodach kontrolują wejściówki. W ogóle każda wizyta w metrze to jeden wielki powód do zachwytu nad niezrozumiałością języka węgierskiego i próbami dopasowania anonsów z głośników do nazw stacji.

W Budapeszcie wciąż funkcjonuje najstarsza linia metra, jaka powstała na kontynencie Europy (czyli z pominięciem Wielkiej Brytanii). Tzw. żółta linia metra prowadzi przez zaledwie kilka przystanków od Vörösmarty tér do Placu Bohaterów (Hősök tere). Stacje są maleńkie, podobnie jak wagony tego zasłużonego pociągu, które każdy odjazd ze stacji oznajmiają przeszywającym piszczeniem.

Na Placu Bohaterów znajduje się już ponad stuletni posąg przedstawiający anioła Gabriela wraz z księciem Arpadem (odpowiednika trochę naszego Lecha, trochę Piasta i trochę Mieszka I) i jego sześcioma wodzami, którzy na przełomie VIII i IX mieli przyprowadzić Madziarów na teren dzisiejszych Węgier.

Jasne, nie każdy lubi posągi. Jeśli jednak będziecie w Budapeszcie zimą nie można nie zawitać w to miejsce. Okolice placu Bohaterów to najlepsze miejsce dla łyżwiarzy. Wraz z pierwszymi mrozami jezioro przy muzeum sztuk pięknych zamienia się w ogromne lodowisko. Łyżwiarze mogą całymi dniami szusować wzdłuż murów Zamku Vajdahunyad, który znajduje się na drugim brzegu jeziora.

lodowisko (Small)

Parlament

Perła w koronie architektury Budapesztu. Zbudowany w XIX wieku budynek parlamentu krajowego dumnie znosi próbę czasu i stanowi numer jeden na liście budapesztańskich must see.

Parlament był i jest symbolem ogromnych ambicji narodu węgierskiego. W pierwszej połowie stulecia XIX stulecia – w czasie Wiosny Ludów – Węgrzy dumnie podnieśli głowę i walczy o swoją niepodległość przeciwko austriackiemu okupantowi. Choć bój nie zakończył się sukcesem, Austria musiała pójść Węgrom na ustępstwa. Proklamowano powstanie nowego politycznego tworu – Cesarstwa Austro-Węgierskiego, a cesarz zezwolił na stworzenie węgierskich szkół, instytucji i przede wszystkim parlamentu. Budynek stał się manifestem narodu węgierskiego, który rozochocony od razu wybudował sobie największy parlament na świecie. Do roku 1896 roku parlament węgierski obradował w Bratysławie, a posługując się łaciną, która jak nietrudno się domyśleć w XIX wieku była już dość leciwa.

Zwiedzanie wnętrza samego Parlamentu jest możliwe, niestety co do zasady turyści wpuszczani są jedynie do części, w której na co dzień nie odbywają się obrady posłów. Osobiście uważam to za największy minus tej atrakcji. Zwiedzając parlament ma się wrażenie jakbyśmy byli obecni w muzeum, podczas gdy tuż za ścianą tętni polityczny puls Węgier. Zamiast więc oglądać Viktora Orbana, przechadzamy się po pachnących lawendą historycznych salach i podziwiamy stare stojaki na cygara.

Na pewno poczucia rozczarowania nie sprowadzi na was spacer wokół parlamentu, który z zewnątrz wygląda imponująco. Jest to jeden z dwóch najwyższych budynków na Węgrzech. Podziwianiu jego pełnego majestatu przeszkadza odrobinę trwający od lat remont fasady. Zabrudzone spalinami ściany są kawałeczek po kawałeczku wymieniane na nowe, nie absorbujące zanieczyszczeń elementy. W ten sposób parlament na długi lata ma zachować swój śmietankowy kolor tak by na jego zewnętrznych ścianach wciąż mogły być widoczne herby Wielkich Węgier.

 Czym są te całe Wielkie Węgry? Otóż Węgry przed traktatem wersalskim posiadały znacznie większe terytorium niż obecnie. W dodatku stanowiły część wielkiego Cesarstwa Austro-Węgierskiego, miało więc kontrolę nad dużymi obszarami, które obecnie zajmowane są przez ich wszystkich sąsiadów. Populacja królestwa węgierskiego bezpośrednio przed wojną dochodziła do 15 mln i stanowiła mozaikę narodowości. Po wojnie było ich już o połowę mniej, a Węgry stały się państwem narodowym.

Dla wielu Węgrów jest to sytuacja nie do zaakceptowania, a nostalgia za Wielkimi Węgrami jest wciąż żywa. Na zderzakach węgierskich samochodów możecie często zobaczyć naklejki z mapą Węgier obejmującą obszary dużo większe niż te mieszczące się w obecnych granicach. Na stoiskach z pamiątkami sprzedawane są też mapy z tym jedynym właściwym zakresem granic.

Dunaj i jego mosty

Mosty to wizytówka stolicy Węgier. Most łańcuchowy przy wzgórzu zamkowym, ze słynnymi kamiennymi lwami zwykle znajduje się na pierwszym miejscu list rekomendacji dla zagranicznych turystów. Był to pierwszy most, który na stałe połączył Budę i Peszt. Wcześniej na obie strony Dunaju można było przejechać  po sezonowo ustawianym moście pontonowym, lub po zamarzniętych wodach rzeki. Przeprawa bywała kapryśna, o czym na własnej skórze miał przekonać się hrabia Istvan Szecheny, który choć spieszył się na pogrzeb ojca, to przez tydzień nie mógł przedostać się na drugi brzeg. Chciałoby się rzec – czemu nie przepłynął łodzią?

Nie można też zapomnieć o moście Elżbiety, który łączy Peszt z Budą w miejscu, które tuż za brzegiem rzeki kończy się na wysokich skałach Wzgórza Gellerta. Czemu tak, a nie inaczej? Pozorny bezsens ma sporo sensu, ale jedynie z subiektywnego punktu widzenia jednego z XIX-wiecznych członków rady miejskiej Budapesztu. Posiadał on ziemie położone na brzegu rzeki, które sprzedał pod budowę mostu, wcześniej kilkoma kopertami ustawiając jego budowę w tym a niej innym miejscu miasta. Ta wymuszona przez koniunkturę lokalizacja sprawiła niemało problemów komunikacyjnych, w szczególności w tym by tak wybudowany most jakkolwiek połączyć z pozostałymi arteriami miasta. W XIX wieku faktycznie można było uznać, że nie robi to zbyt dużej różnicy przy zawrotnym ruchu dorożek. Most, który dziś stoi w tym miejscu został postawiony po II wojnie światowej i w niczym nie przypomina poprzedniej, iście królewskiej budowli, którą polecamy obejrzeć wśród wyników wyszukiwania grafik dla hasła: régi erzsébet híd.

Naszym ulubionym był jednak „Zielony Most” – Szabadsag hid. Spacerując po nim w nocy można popuścić wodze fantazji i wyobrazić sobie, że jest się Dickiem Tracy albo mieszkańcem jakiegoś miasta grzechu osadzonego w filmie z gatunku noir. Położony przy wzgórzu Gellerta i jak wszystko w Budapeszcie świetnie oświetlony, stanowił częsty cel naszych leniwych spacerów.

 Atrakcją samą w sobie jest spacer po ulicach Budapesztu nocą. Główne atrakcje miasta i ich okolice są doskonale oświetlone, widać że miasto tworzy pod tym względem spójną artystyczną całość.

Po Dunaju przemieszcza się dużo promów i stateczków oferujących jadło i napitek. Z Budapesztu można też dopłynąć do innych miast leżących nad modrą rzeką, np. do Wyszegradu i Szentendre, czy nawet Belgradu i Wiednia.

 Wyspa Małgorzaty

 Traficie do niej nie inaczej a przez Most Małgorzaty. Jest to świetnie miejsce do biegania, ale również do spotkania ze znajomymi. Jeśli zaś jesteście z jakiś powodów fanami piłki wodnej, możecie udać się tam aby podejrzeć zawodników lokalnych drużyn na treningu. Ćwiczą na otwartych basenach nawet późną jesienią. Piłka wodna to narodowy sport Węgrów a ich najpamiętniejszy mecz był rozegrany w 1956 przeciwko ZSRR, na krótko po upadku powstania węgierskiego, krwawo stłumionego przez żołnierzy radzieckich. Do meczu doszło w czasie igrzysk Melbourne. Węgierscy zawodnicy opuszczając kraj nie wiedzieli jak zakończyła się podjęta przez Węgrów próba wyjścia z Układu Warszawskiego. Po meczu połowa z zawodników nie wróciła już do kraju.

Więcej w części drugiej przewodnika… Zapraszamy do lektury!

6 myśli na temat “Budapeszt – przewodnik dla Lengyeli

  1. Dla mnie Budapeszt zawsze był złączeniem popularnych Europejskich miast: trochę Wenecji, trochę Londynu itd. Ale niestety widać, że jest bardzo zniszczony. Jednym z widoków, które najbardziej zapamiętałem była kamienica w dzielnicy żydowskiej ze śladami po kulach. Niezapomniany widok. A z kolei co do barów to miałem okazję zaglądnąć do takiego, w którym wszystkie ściany i sufit były pokryte kartkami różnymi z notesów, z notatkami, bazgrołami. Świetny klimat.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s