Skrajności Kambodży – Angkor

Jeśli jesteście na popularnych ostatnio wakacjach w Tajlandii, warto wyrwać się na chwilę z Bangkoku lub na weekend porzucić rajskie plaże i poświęcić dwa lub trzy dni na wycieczkę do Kambodży, aby zobaczyć tam zagubione wśród drzew średniowieczne miasto Angkor. Pierwszym krajem Azji Południowo-Wschodniej, który zwiedzałam, była właśnie Tajlandia. Siedząc w zaciszu warszawskiego mieszkania wyobrażałam sobie, że jadę do jakiegoś niesamowicie egzotycznego i przede wszystkim nierozwiniętego kraju, w którym ludziom dopiero co przed chwilą udało się wykraść dżungli skrawek ziemi, by postawić na nich swoje chybotliwe chatki. W mojej głowie niczym zdarta płyta zapętliła się myśl o znajomym znajomego, do którego w trakcie błogiej sjesty w Azji małpa zakradła się od tyłu i ugryzła w głowę. Po przylocie do Bangkoku okazało się, że oto znalazłam się na jednym z bardziej nowoczesnych lotnisk na świecie, a Tajlandia wygląda w wielu miejscach równie europejsko co Polska. Dobra sieć dróg, brak problemów z komunikacją miejską, przyjaźni ludzie.

Oczywiście, Tajlandia również ma do zaoferowania niemałą ilość egzotycznych przeżyć, z możliwością spotkania około 60 gatunków jadowitych węży na czele z kobrą królewską, której neurotoksyny doprowadzają do ofiarę do paraliżu, a czasem i śmierci. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że mało który turysta spotka na swojej drodze niebezpiecznego węża na wolności. I tak – Tajlandia jest egzotyczna. Ale Kambodża jest w dodatku niesamowicie niedoinwestowana, wciąż trochę zapomniana. A przede wszystkim – w przeciwieństwie do Tajlandii – historia jej nie oszczędzała. Stąd też zetknięcie z nią na dłużej zapada w pamięć.

ANGKOR – Jak się tam zatem dostać?

My swego czasu zdecydowaliśmy się na przejście graniczne w Poi Pet. Jest to chyba jedyna racjonalna opcja, jeśli zmierzacie jedynie w kierunku Siem Reap, czyli miasta wypadowego do Angkor Wat. Przejście graniczne przekraczaliśmy na piechotę. Pierwszą najważniejszą rzeczą jaką musicie uzmysłowić sobie przy planowaniu przekroczenia granicy Tajlandia-Kambodża, jest fakt, że jest to miejsce, w którym miejscowi wyjdą z siebie, aby was oszukać. Nie jest to nasza opinia, tylko fakt. Oszustwa osiągnęły tutaj skalę przemysłową. Przed przyjazdem dokładnie zapoznaliśmy się z informacjami o tym przejściu na wikitravel: http://wikitravel.org/en/Poipet, co polecamy każdej osobie, która się tam wybiera. Wszystkie informacje na temat procedury, budynków z odprawą wizową, cen, obowiązku posiadania zdjęcia itp. musicie czerpać z internetu lub od znajomych. Na miejscu prawdopodobnie zostaniecie celowo wprowadzeni w błąd, co w najlepszym razie będzie was kosztowało dwa razy więcej pieniędzy i czasu, niż wymaga tego od was prawo. Żeby było jasne – nie musicie obawiać się przemocy. Natomiast musicie uzbroić się w olbrzymią dawkę asertywności. Oszustwa są bowiem naprawdę wyrafinowane. Ale o tym zaraz.

Na granice dojechaliśmy pick up’em poznanej po drodze pary. On – nauczyciel angielskiego ze Szkocji i fotograf, ona zaś była muzykiem – Tajka z krwi i kości. On musiał dojechać do granicy, żeby przedłużyć swoją tymczasową wizę. Poprzedniego wieczoru opowiedzieliśmy im mniej więcej wszystko co wiemy na temat przekrętów na granicy i uzbrojeni w tą wiedzę powoli dojeżdżaliśmy do granicznych słupków. Już 500 metrów od granicy zatrzymał nas mężczyzna w różowej koszuli, według standardów tropikalnych krajów bardzo elegancki, który zaczął mówić, że wizę należy kupić tutaj o, w ogromnym gmachu znajdującym się przy parkingu po prawej stronie. Nasza tajska koleżanka stropiła się, tym bardziej, że my z paki krzyczeliśmy już żeby mu nie wierzyć i jechać dalej na granicę. Wyraźnie nie wiedziała komu ma wierzyć, zwłaszcza, że wskazany nam budynek wygląda jak Pentagon i wyraźnie wzbudziłby zaufanie każdego Europejczyka, wyuczonego szacunku do majestatu państwa.

Tajowie i Khmerowie w PoiPet do mistrzostwa opanowali wszelkiego rodzaju przekręty. Jeszcze zanim zbliżysz się do granicy będą przekonywać cię, że: okienko z wizą jest dziś zamknięte i musisz ją uzyskać w innym budynku; że bankomaty w Kambodży pobierają ogromną prowizję i w związku z tym najlepiej będzie jak wymienisz pieniądze na granicy; że opłata za wizę wynosi więcej niż 30 dolarów; że musisz dopłacić za wydanie wszelkiego rodzaju certyfikatów poświadczający szczepienia… Wyobraźnia oszustów nie ma granic i niestety oszukują również funkcjonariusze straży granicznej – ale raczej wtedy, gdy są już po służbie. O wielkiej opłacalności tego całego majdanu świadczy chociażby to, że gdybyśmy dali wiarę naciągaczowi w różowej koszuli i weszli do budynku po prawej stronie, natrafilibyśmy na zupełnie nie podejrzane stanowiska, w których podstawieni funkcjonariusze sprzedaliby nam fałszywą wizę, podbili pieczątki i wcisnęli bóg wie jaki badziew.  Następnie na granicy wiza zostałaby zdemaskowana jako fałszywa, a my musielibyśmy płacić jeszcze raz. Będąc tam zwróćcie również uwagę, że rozwieszone na granicy drogowskazy, po których turyści mogliby się zorientować, w którą stronę mają iść, są zasłonięte. Nas, poza numerem z nieprawdziwym stanowiskiem wizowym próbowano również nabrać przy okienku na granicy, gdzie funkcjonariusz straży granicznej po służbie wmawiał nam, że musimy zapłacić 100 bahtów extra. Jak radzić sobie w takiej sytuacji – po pierwsze bądźcie cierpliwi i spokojni. Wystarczy, że będziecie w kółko jak mantrę odpowiadać im, że cena wynosi tyle i tyle i po jakimś czasie znudzą się przetrzymywaniem was przy okienku. Ja byłam już gotowa dać za wygraną i odpalić te 10 zł bylebyśmy mogli już pójść dalej, ale uśpiony w sercu Daniela Żyd kazał nam uparcie upierać się przy swoim i po jakiś 5 minutach dostaliśmy swoją wizę za normalną cenę. Co ciekawe, równocześnie z nami odprawiały się dwie dziewczyny z USA, które nie tylko z radością zapłaciły dodatkowe 100 bahtów, ale również były przekonane, że celnik pomógł im przy całej transakcji za co w nagrodę z miłością go wyściskały.

Niestety po załatwieniu wszystkich formalności karuzela z oszustami bynajmniej się nie kończy. Tysiące turystów podobnie jak my przekracza granice na piechotę, a przecież muszą jakoś się z niej wydostać. Na to tylko czekają zgromadzeni tuż za krawężnikiem Khmerowie. Gdy tylko przekroczycie granice zostaniecie otoczeni przez taksówkarzy i naganiaczy, którzy będą oferowali wam swoje usługi. Część z nich twierdzić będzie, że możemy do Siem Reap pojechać darmowym transportem publicznym. Nie należy z niego korzystać. Najprawdopodobniej zostaniecie wtedy wywiezieni kilka kilometrów za miasto, gdzie wysadzenie pośrodku niczego każą wam się przesiąść w inne autokary, które oczywiście będą bardzo, ale to bardzo płatne. Generalnie na jakikolwiek środek transportu nie zdecydowalibyście się bezpośrednio po przekroczeniu granicy, będzie on przepłacony. Jedyną opcją jest przejście ok 2 km dalej wzdłuż drogi i odnalezienie stanowisk autobusowych, z których korzystają miejscowi. Taki też był nasz plan. Do zagadujących nas naganiaczy spokojnie odpowiadaliśmy, że zostaniemy podwiezieni z granicy przez znajomego i nie potrzebujemy taksówki. Żeby jednak wyjść z takiej konfrontacji obronną ręką trzeba zachować spokój. Przez połowę drogi do autobusu byliśmy śledzeni przez taksówkarza, który był przekonany, że w końcu skończymy te gierki i wsiądziemy do jego samochodu. Po drodze zostaliśmy też jakieś 10 razy nazwani kłamcami. W razie czego musicie pamiętać o tym by zachować zimną krew i po prostu iść w swoją stronę. Przejazd lokalną komunikacją nie jest przecież zakazany. Policjanci są wprawdzie instruowani żeby np. nie dopuszczać do tego by turyści negocjowali z taksówkarzami cenę przejazdu. Jeśli policjant zobaczy białych ludzi negocjujących z taksiarzem, prawdopodobnie zainterweniuje. Ale ponownie – nie robicie nic złego, toteż jego interwencja nie będzie przypominać zatrzymań czarnoskórych nastolatków w Ferguson.

Kiedy szczęśliwie dotrzecie do autobusu, przyszykujcie się na dłuuugą drogę do Siem Reap i spotkanie z dżunglą.

ANGKOR – jak zwiedzać?

Po przyjeździe na dworzec autobusowy w Siem Reap zostaniecie zaatakowani przez kolejnych taksówkarzy i kierowców tuk tuków, którzy są szczególnie zainteresowani złowieniem klienta. Przede wszystkim dlatego, że większość przyjeżdża do Siem Reap tylko w jednym celu – Angkor. Zwiedzanie świątyń jest całodziennym wyczerpującym zajęciem – przede wszystkim ze względu na upał i spore odległości. W czasach świetności Angkor był największym miastem na Ziemi – ba! ponoć aż do czasów rewolucji przemysłowej żadna metropolia nie była w stanie pobić jej rekordu (populację w szczytowym okresie szacuje się od kilkuset tysięcy do nawet miliona mieszkańców). W związku z tym większość osób decyduje się na zwiedzanie miasta przy pomocy tuk tuka. Zatem nie zdziwcie się kiedy po przywiezieniu was do hostelu wasz kierowca usiądzie z wami do stolika i zacznie negocjować cenę za przewiezienie was po Angkorze.

Jeśli nie chcecie objeżdżać Angkoru tuk tukiem, możecie również wypożyczyć rower. Jeśli nie zależy wam na czasie lub podobnie jak my chcieliście to zrobić jak najtaniej, jest to opcja dla was. Ponadto, dużą zaletą tego rozwiązania jest to, że nie jesteście zależni od kierowcy, któremu zależy na czasie i chce załatwić wycieczkę jak najszybciej. W ten sposób, macie wolność tego co chcecie zwiedzać i ile czasu chcecie spędzić w danej części kompleksu. Rower możecie wynająć prawie na każdym rogu, jest to biznes niemal nierozłącznie sprzężony z przyhostelowymi pralniami. Pamiętajcie o zabraniu dużej ilości wody i nakryciach głowy, bo do pokonania będziecie mieć całkiem spore odległości między świątyniami.

ANGKOR – od środka

Dlaczego w ogóle należy wybrać się do Angkor? Przede wszystkim, jak już wspominaliśmy, był to absolutny numer jeden wśród średniowiecznych miast. Jest to wspaniała metropolia, która z niewiadomych przyczyn została porzucona przez swoich mieszkańców. Kiedy w XV wieku kiedy tereny te podbijało imperium Ayuttaya, Angkor był niemal zupełnie opustoszały. Współczesnemu turyście Angkor kojarzy się przede wszystkim z Larą Croft i widokiem drzew wdzierających się do wnętrza świątyń. Najpopularniejsze pocztówki przedstawiają oczywiście świątynie Ta Prohm. Wraz z odejściem ludzi, natura rozpoczęła rekonkwistę należącego do niej terenu. Ściany porosły mchem, a dachy drzewami. Ogromne drzewa są wewnątrz puste, dzięki czemu ich ciężar nie powoduje zawalenia budowli. Niewiele jest miejsc, w których można w takiej harmonii podziwiać chwałę ludzkiej cywilizacji i siły natury.

Wisienką na torcie wycieczki jest oczywiście wizyta w głównej świątyni kompleksu – otoczonej przez fosę Angkor Wat. Jest to miejsce oblegane przez turystów, także jeśli nie lubicie tłumów z pewnością znajdziecie wśród około tysiąca okolicznych zabytków inne, spokojniejsze miejsce do zadumy nad potęgą przyrody. Jeżdżąc chociażby wśród zagubionych w dżungli ścieżek natkniecie się na budowle wprost ze scen filmowych, np. kamienną bramę, którą na własny użytek nazywamy brama King Konga.

Angkor Wat jest największą świątynią na świecie, nie tylko buddyjską, a po prostu największą. Jest to źródło dumy narodowej Khmerów, którzy umieścili ją nawet pośrodku swojej flagi państwowej. Początkowo czczono w niej hinduskich bogów, ale z końcem XII wieku poświęcona została Buddzie. Najlepiej zachowana świątynia w całym kompleksie, co nie dziwi skoro była jedynym miejscem w całym kompleksie, które po jego wyludnieniu wciąż funkcjonowało. Pierwszym znanym Europejczykiem, który miał do niego dotrzeć był Antonio de Madalena. Portugalski mnich dotarł w to miejsce w 1586 roku. Na świecie rozsławił ją jednak Henri Mouhot, który opisał ją w swoich zapiskach z podróży w roku 1861. Nie miał on zbyt wysokiego mniemania o Khmerach i budowle przypisywał raczej jakiejś starożytnej cywilizacji. Wraz za sławą podążyły łupieżcze wyprawy – Angkor Wat był wielokrotnie rabowany przez zachodnich „badawców”. Podobne rabunki miały miejsce również po upadku Czerwonych Khmerów. W czasie ich brutalnego panowania w Kambodży tereny wokół świątyni, podobnie jak cały kraj, zostały zaminowane. Po obaleniu reżimu, wspólnym wysiłkiem wielu organizacji międzynarodowych i Kambodży, udało się rozminować te tereny (w samej Kambodży wciąż duża część kraju nie została rozminowana). Wraz z saperami na miejsce dotarli złodzieje zabytków. Ponoć 90% posągów zgromadzonych w kompleksie nie ma głów i po śladach cięć na kamieniu można wnosić, że nie wynika to z upływu czasu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s