Na dachu Europy – Swanetia

Powoli dopijamy nasze litrowe piwo i słuchamy opowieści Edika o tym jak wszystkie krowy w gospodarstwie jego teścia zostały zarażone przez bydło bogatego sąsiada. A przynajmniej wydaje nam się, że właśnie o tym mowa, ponieważ nasza znajomość rosyjskiego jest  ograniczona i nie do końca pozwala odgadnąć czy może właśnie dowiadujemy się o początkach stuletniej wojny swańskich rodzin, która przerodziła się w krwawą wendetę.  Edik śmiałymi ruchami pokazuje to na pozbawione dachu ruiny domu, to rzuca nimi w nieokreślonym kierunku leżącej pod nami szopy pasterskiej i z zapałem opowiada lub wznosi toasty za wolność. Co jakiś czas nie może znaleźć rosyjskich słów, i wtedy ze smutkiem macha ręką i w kończy prostym „ehh… jop twoju mać…”.

Jest to nas pierwszy dzień w Gruzji, pierwszy dzień w Swanetii, pierwszy kemping na szlaku, a Edik jest pierwszym napotkanym przez nas ucieleśnieniem gruzińskiej gościnności. Kiedy późnym popołudniem, po nieprzespanej nocy w samolocie, dokonaliśmy ostateczne wyboru pomiędzy dusznym namiotem a wypełnionym gzami (acz doskonale wentylowanym) dworem sprzed namiotu dobiegły nas rosyjskie nawoływania. Na zewnątrz siedział uśmiechnięty Swan z dużą butelką miejscowego piwa. Właśnie wracał do wsi z codziennego koszenia trawy, był spragniony kontaktu z obcą cywilizacją i postanowił zaprosić nas na konsumpcję.

Tu rządził kałasznikow

Jesteśmy w Swanetii, położonej w Wysokim Kaukazie krainie Gruzji, która jeszcze do niedawna była niedostępnym skrawkiem tego kraju. Dziś, na 7 lat od chwili modernizacji drogi pomiędzy Zugdidi a Mestią, obszar ten otworzył dla turystów na oścież nie tylko drzwi, ale również wszystkie okna. Jeszcze dwadzieścia lat temu pasażerowie jeżdżących tą trasą marszrutek (minibusy) musieli pośpieszenie wysiadać na każdym możliwym postoju, aby wyrzucić z siebie obiad.  Droga nazywana była najniebezpieczniejszą drogą Kaukazu. Dziś, po przebytym remoncie, nie tylko znajduje się w o wiele lepszym stanie, ale również gruzińscy kierowcy jeżdżą po niej z mniejszą brawurą. Choć pewnie nie jednemu zakręci się łezka w oku za dawnymi czasami. Gruzini byli bardzo dumni ze swoich niebezpiecznych dróg, podchodzili do nich z podobnym sentymentem, co Polacy do swojej przysłowiowej już umiejętności picia. A nie jeden cudzoziemiec zawitał w te strony właśnie po to by przeżyć te legendarne zakręty na własnej skórze.

Jeszcze wcześniej, w czasach gdy Zugdidi nie istniało jeszcze w planach, Swanetia już była uważana za ostatnią redutę Gruzji. W czasie najazdów Mongołów (których nie sposób już zliczyć i które całkowicie zrujnowały ten kraj), to właśnie w doliny Swanetii zwożono ikony, złoto i skarby wszelkiej innej maści. Ukryto tutaj nawet jednego z gruzińskich królów i to ze znakomitym skutkiem. Przez obce siły Swanetia została podbita dopiero w XIX wieku – przez Rosję. Swanowie posiadają też własny, nie posiadający formy pisanej i będący zupełnie nie zrozumiałym dla reszty język.

Swanetia była niedostępna nie tylko ze względu na brak drogi i wysokie góry. Przez wiele lat tereny te cieszyły się nie najlepszą reputacją. Mieszkańcy tej krainy uchodzili (i uchodzą) wśród Gruzinów za jeszcze bardziej upartych niż cała reszta a w dodatku niezwykle porywczych. Kiedy pytam Romana (jednego z naszych nowych swańskich znajomych – aktualnie na emigracji w Batumi), co sprawia, że Swanowie są tacy gwałtowni wzrusza ramionami i mówi „Góry. Wszyscy górale tacy są, spójrzcie chociażby na Czeczenów”.

Będąc w Tbilisi poznaliśmy Anę. Ana jest Gruzinką i wiele rzeczy wkurza ją w Gruzji. Duchowni jeżdżą za drogimi samochodami i mają za dużo ziemi. Wykupują grunty pod parkami, które następnie zamykają, bo sypiają w nich bezdomni. Ana nie lub też nowoczesnych budynków postawionych w centrum przez Saakaszwilego. Nie lubi polityki, nie lubi ubranych na czarno kobiet. Jedyne co Ana kocha to Swanetia. Pierwszy raz do Swanetii przywiózł ją tata kiedy miała 7 lat. Od tamtej pory przyjeżdża tam przynajmniej raz do roku. Jest absolutnie zakochana w Swanach, ich nieprzejednaniu, tym, że zawsze muszą postawić na swoim i absolutnie nie da się z nimi dyskutować. I to mimo że ogień szalejący w ich wnętrzu bywa niebezpieczny. Opowiedziała nam historię swojej koleżanki. Miała ona 10 czy 15 lat temu przebywać na wakacjach w Swanetii, gdzie zgodnie z gruzińskim obyczajem i gościnnością została zaproszona na obiad. Przy posiłku spotkała się cała, liczna, rodzina. Prowadząc luźną około obiadową konwersację dziewczyna rzuciła komentarz, że jeden z plątających się przy stole chłopców wygląda niemal tak samo jak jeden z obecnych tam mężczyzn, istne dwie krople wody. Gospodarz wstał od stołu i wyszedł z pokoju, po chwili wrócił ze strzelbą, wymierzył w swoją żonę i ją zastrzelił.

Ta drastyczna historia może być równie dobrze jednym z urban legend opowiadanych przez mieszczuchów z Tbilisi. Pokazuje jednak doskonale jaką opinię w Gruzji mają Swanowie. Swanetię przez wiele lat omijały jakiekolwiek inwestycję, nawet te najdrobniejsze, czynione przez turystów. Ci, mimo że licznie przybywali na plaże w Batumi, nie byli chętni do zostawienia swoich pieniędzy w dzikich górach. Wyjątkiem byli zapaleńcy alpinizmu, ale oni również po rozpadzie ZSRR przestali pojawiać się w Mestii. Kryzysowe czasy wymusiły na Swanach powrót do korzeni, czyli do rozbójnictwa.

W latach dziewięćdziesiątych po Swanetii podróżował jeden syn Albionu, niejaki Tony Anderson. Zapragnął zbadać jak prawdziwe jest twierdzenie o tym, że Kaukaz stanowi nieprzebytą barierę a społeczności zamieszkujące jej doliny były odizolowanymi i nieprzeniknionymi wspólnotami. W tym celu przemierzył gruzińskie góry ze wschodu na zachód. Z tej przygody powstała wspaniała relacja pod nazwą Chleb i proch, której tłumaczenie wydało wydawnictwo Czarne. Czyta się świetnie, szczególnie będących już na miejscu, przemierzając te same szlaki, co Anderson.

Wracając jednak do historii – jednym z nielicznych problemów, na które natknął się Anderson w czasie swojej podróży, było padnięcie ofiarą rabunku w Swanetii. Co ciekawe jego gruzińscy przewodnicy (którzy pochodzili z innej górskiej krainy – Chewsuretii) od początku mieli wątpliwości co do kontynuowania drogi przez Swanetię, w obawie przed jej mieszkańcami. Ostatecznie pech chciał, że  zostali oni pięknej gwieździstej nocy wyciągnięci z namiotów i obrabowani przez uzbrojonych w kałasznikowy Swanów. W tym samym mniej więcej okresie to samo miało przytrafić się dwóm austriackim geologom, dwójce Amerykanów, szkockiemu wspinaczowi i niezliczonej liczbie lokalnych (za T. Anderson – Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji, wyd. Czarne). Kiedy Anderson wraz z towarzyszami pojawił się w sąsiedniej wiosce i opisał swoje perypetie nikt nawet nie podniósł brwi ze zdziwienia.

Również jeden z największych polskich znawców Kaukazu – Wojciech Górecki – pisał w Toaście za przodków: „Dawno chciałem pojechać do Swanetii, ale się nie składało i trochę się bałem. Po drogach grasowali zbójcy, nie było żadnej władzy, rządził kałasznikow. Sami Gruzini się bali”. Jednak jakaś władza być tam musiała. Ponoć dolinami trząść miał ród Apraszydze, których 25 członków zostało w końcu zatrzymanych w czasie zarządzonej przez prezydenta Saakaszwilego akcji służb specjalnych. Apraszydowie przez dziesięciolecia zastępowali w Swanetii państwo. Kiedy rząd dojrzał do zainteresowania się Swanetią, dla Apraszydzów nie było już miejsca (W. Górecki, Toast za przodków, wyd. Czarne).

Przed wyjazdem do Swanetii niezliczone razy musiałam wysłuchać uwag pt. „Ale przecież oni tam porywają!”. To prawda, reputacji Swanów nie poprawia dawny zwyczaj porywania kobiet, którego wizja wciąż jest głęboko zakorzeniona w wyobraźni nie tylko moich rodziców. W przeszłości zwyczaj ten pozwalał chociażby zapewnić odrobinę różnorodności genetycznej w tych zamkniętych społecznościach. Ana, jak każda kobieta, uwielbia to zdecydowanie Swanów, którzy ponoć do dzisiaj kiedy jakaś piękna białogłowa zawróci im w głowie, po prostu biorą. Jak bronić się przed taką namiętnością?

Wieże Swanetii

Charakterystycznym elementem krajobrazu swańskiego są wieże, nazywane koshkami. Te najlepiej zachowane znajdziemy przede wszystkim na płaskowyżu ciągnącym się od wspólnoty Latal do zboczy Tetnuldi (w Gruzji często nazwy wskazane na mapie nie określają jednej miejscowości, ale wspólnoty – np. Becho, Latal, czy chociażby słynne Ushguli, które tak naprawdę stanowi kolektyw kilku mini wioseczek). W samej Mestii znajduje się kilkadziesiąt wież, które przynależą do gospodarstw domowych prywatnych osób. Jedne zrujnowane, inne wciąż w jednym kawałku, stanowią łącznik między kolejnymi pokoleniami Swanów. Niektóre były zamieszkałe jeszcze w połowie XX wieku, a ich wiek oceniany jest czasem i na tysiąc lat (W. Górecki, Toast za przodków, wyd. Czarne).

Wieże te łączyły ze sobą funkcje domu, magazynu oraz schronu, na wypadek ataku. Co chyba już nie dziwi, Swanowie chronili się nie tylko przed wrogiem zewnętrznym, ale również przed krewkimi sąsiadami. Panowało tutaj bezdyskusyjne prawo krwawej zemsty, każda hańba i ujma musiała być odpłacona po kilkakroć, najlepiej poprzez unicestwienie całego rodu przeciwnika. Przy takiej tradycji nie trudno o wojnę z mieszkańcami sąsiedniego podwórka.  Jak pisał J. Hugo Bader – Gruzini to górale, którzy nieustannie się między sobą piorą.

Do wież można było wejść jedynie przez drzwi umieszczone na wysokości mniej więcej pierwszego piętra, do których nie prowadziły schody, a jedynie drabina, którą można było dla bezpieczeństwa wsunąć za sobą na górę. W ścianach umieszczone są niewielkie otwory okienne, wykorzystywane prawdopodobnie do ostrzału i skutecznie ograniczające możliwość przemknięcia się dobrze wycelowanej strzały. Ponoć w 1832 roku jedna z takich wież (ale znajdująca się w Tuszetii) obsadzona dwoma góralami, była w stanie na trzy dni zatrzymać na jednej z przełęczy 3,5 tysięczny oddział carskiej milicji. Rosjanom udało się przedrzeć dopiero po tym jak wydrążyli tunel w litej skale leżącej u podstaw wieży (T. Anderson – Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji, wyd. Czarne).

Gruzińskie Chamonix

Przed 2016 rokiem nigdy nie byliśmy w Swanetii, a nawet w Gruzji. Jednak i bez tego, już po przyjeździe do Mestii nie dało się nie zauważyć jak ogromne zmiany zachodzą w Swanetii. Mestia staje się niemal metropolią, choć kroczące po ulicach krowy w połączeniu z górzystymi krajobrazami nasuwają pewne skojarzenia z Cicily z „Przystanku Alaska”.

Kiedy porównujemy książkowe relacje Góreckiego i Andreson z dniem dzisiejszym staje się dla nas jasne, że przez ostatnie dwadzieścia lat Swanetia zmieniła się nie do poznania, a tamte relacje książkowe są odrobinę nieaktualne. Po pełnych kryzysu latach dziewięćdziesiątych, kiedy ulice Mestii świeciły pustkami a w mieście funkcjonowały dwa podupadłe hotele, rok 2004 przyniósł wielkie zmiany. Do władzy doszedł postępowy Michaił Saakaszwili, który właśnie w turystyce dostrzegł szansę dla gospodarki Gruzji, a z Mestii zapragnął uczynić drugie Soczi albo Chamonix. Poza likwidacją Apraszydzów, wyremontowano drogę dojazdową z nizin, zbudowano lotnisko (z którego za mniej niż 100 GEL dostać się można do Tbilisi), otworzono hotele i stoki narciarskie. Całe miasto przechodzi gruntowną renowację, a wiele domów zaczyna przypominać bardziej alpejskie domki niż gruzińskie domy. Ana mówi, że jeszcze dziesięć lat temu Swanowie potrafili pobić turystę, który nieopatrznie zaproponował zapłatę za gościnę. Dziś wyglądają oni na dość dobrze pogodzonych z ideą usługową.

W mieście jak grzyby po deszczu wyrastają nowe hotele, większość mieszkańców oferuje również usługi agroturystyczne. Rozbudowa i modernizacja Mestii wpisała się w ogólnonarodowy trend zapoczątkowany przez Saakaszwilego. Kraj jak długi i szeroki wypełnia się nowymi barami i restauracjami, gwarnymi placami i nowoczesnymi budynkami (skądinąd różnie ocenianymi). Nie ominęło to Mestii, która uzyskała swój nowoczesny i całkowicie przeszklony komisariat policji  (w imię transparentności!), a całe centrum zostało zmodernizowane. Budynki stojące w głównej części miasta stoją jednak puste, świeżo wstawione szyby zostały już wybite a w środku roi się od śmieci. Są to budynki prywatne, w centrum do miasta należy tylko skrawek ziemi, na którym stoi przepiękny posąg królowej Tamary. Ten dziwny stan zdiagnozowany został przez wiozącego nas do Ushguli przewodnika jako niedostatek mądrości właściciela tych gruntów.

Ta nowoczesność nie pozbawiona jest bowiem specyficznego kaukaskiego kolorytu. W bramie sądu rejonowego wciąż można natknąć się na krowy, a po miejskim skwerku przechadzają się świnie. Warto poświęcić trochę czasu przed przyjazdem na naukę rosyjskiego, ponieważ po angielsku, nie wspominając o innych językach, trudno jest się tutaj porozumieć. Oczywiście z wyjątkami, do których zalicza się na przykład  Dawit z centrum informacji turystycznej. Przy odrobinie szczęścia uda wam się go zachęcić do udzielenia wam pomocy, o ile oczywiście zastaniecie go w biurze. Praca w IT nie jest jego powołaniem. Kiedy tylko może pozbywa się interesantów, zostawia na drzwiach wywieszkę z napisem „break time” i udaje się do pobliskiej restauracji, w której on i jego kumple odbywają próby ich zespołu muzycznego.

Wraz ze zmianami w  infrastrukturze w Swanetii pojawili się turyści. Tacy sami jak wszędzie, szukający dobrej restauracji i zimnego piwa, doceniający piękne widoki. I przede wszystkim zwabieni opowieściami o niesamowitej gościnności Gruzinów. Wydaje się jednak, że wraz ze zmasowanym najazdem amatorów gór (którzy od kilku lat zaczęli przyjeżdżać nie tylko z Rosji, ale praktycznie z całej Europy i Bliskiego Wschodu), mieszkańcy Swanetii zaczęli traktować przyjezdnych  właśnie jak turystów i klientów, a nie jako gości. Miejscowi błyskawicznie przekroczyli tą magiczną granicę pomiędzy miasteczkiem na końcu świata a egzotyczną atrakcją. Oczywiście, wciąż można tutaj natknąć się na łapiące za serce przejawy życzliwości. Jednak przy tak ogromnych tłumach, które codziennie przelewają się przez ulice Mestii i Ushguli, trudno oczekiwać by ich mieszkańcom widok obcych ludzi nie spowszedniał. Ta opiewana w tysiącach relacji podróżniczych bezwarunkowa gościnność jest teraz rezerwowana przede wszystkim dla tych przybyszów, którzy nie są „normalnymi turystami” (oczywiście z wieloma wyjątkami). Jak opisał to Tom Allen, jeden  z członków zupełnie nieturystycznej wyprawy Transcaucasian Trail (grupa ta zajmuje się wytyczaniem szlaków górskich w gruzińskiej części Kaukazu) w tekście „Z Mestii do Ushguli: Czy Swanetia może stracić swój mistycyzm?” (http://transcaucasian.com/2016/06/08/mestia-to-ushguli-is-upper-svaneti-in-danger-of-losing-its-mysticism/ ):

„Inny przykład obrazujący z czym turyści są tutaj kojarzeni pojawił się, gdy zaproponowano nam niższe ceny za nocleg w guest housie w Ushguli, w którym spędzaliśmy tamtą noc. Kiedy podczas obiadu poznaliśmy jego właściciela, zapytaliśmy Bekę [gruzińskiego współtowarzysza] skąd wzięła się ta hojność. Odpowiedział: Bo jest dla niego jasnym, że nie jesteście normalnymi turystami”.

Trudno jednak dziwić się tej zależności. W końcu po to właśnie zadano sobie trud „ucywilizowania” Swanetii by jej mieszkańcy mogli w końcu odstawić kałasznikowa i w akceptowalny sposób opróżniać kieszenie turystów. Ushguli od kilku lat cieszy się popularnością nie tylko wśród podróżników, ale również wśród zwyczajnych turystów. Znana jest jako najwyżej położona w Europie stale zamieszkiwana miejscowość. Usytuowana na przysłowiowym końcu świata, odizolowana. Dziś bez problemu złapiecie tutaj zasięg i Wi-Fi. Okazuje się jednak, że turyści to nie tylko potencjalny zarobek, ale i czynnik różnicujący społeczeństwo. Cytowany przeze mnie Tom Allen był bardzo zaskoczony, gdy zobaczył w Ushguli cały kalejdoskop oznaczeń szlaków, znajdujący się na ścianach budynków, znakach drogowych, na ziemi, kamieniach, wszystkie w różnych kształtach i kolorach i w kompletnym oderwaniu od tego, gdzie faktycznie przebiega szlak. Okazało się, że kiedy za Saakaszwilego padła propozycja oznaczenia szlaku przechodzącego przez Ushguli, gość odpowiedzialny za to zadanie poprowadził go idealnie do swojego guest house’u, tak aby każdy przejezdny nie miał szans go ominąć. Wkurzeni mieszkańcy wzięli więc farbę w rękę i wymalowali własne mniej lub bardziej jednolite oznaczenia szlaku na ścianach swoich domów i ogrodzeń.

______________________

Więcej naszych tekstów o Gruzji znajdziecie tutaj.

Jedna myśl na temat “Na dachu Europy – Swanetia

  1. […] Nic dziwnego, że większość turystów odwiedzających Gruzję na pewnym etapie swojej podróży wybiera się w góry. Większość nie decyduje się jednak na trekking. Ponieważ jest to mały kraj, wiele osób obiera na swoją bazę wypadową Tbilisi i stamtąd wybiera się na jedno lub dwudniowe wycieczki po okolicznych atrakcjach. Ponieważ podróż do Gruzji nie może się obyć bez gór zwykle turyści postanawiają „odhaczyć” je w Kazbegi (Stepancminda). To właśnie stąd pochodzi firmowy pocztówkowy widok: klasztor Gergeti na tle Kazbegu. Ale gruzińskie góry to nie dodatek, ale główny punkt programu wypraw na Kaukaz. Dlatego warto poświęcić mu najwięcej czasu. Szczególnie Swanetii, o której pisaliśmy też we wpisie „Na dachu Europy„. […]

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s